A w weekendy jeździliśmy w Karpaty

Spałaś/eś kiedyś w aucie na górskiej przełęczy? My wielokrotnie, w tym roku również. Karpaty są nam szczególnie bliskie, zarówno geograficznie jak i duchowo. Jeden z największych łańcuchów górskich w tej części świata, meandrujący majestatycznie przez terytoria ośmiu krajów. Nic więc dziwnego, że zajmuje specjalne miejsce na mapie naszych wycieczek i podróży. Zawsze o tej porze roku, czuć zbliżający się nieubłaganie koniec sezonu na wyjazdy busem. Śmiało możemy powiedzieć, że wycisnęliśmy z niego każdą możliwą okazję aby spędzić go tak jak kochamy, czyli na wolności! Uściski i do zobaczenia na przełęczy!

Na szczycie góry nie ma nic

Lubimy podróżować po okręgu, nigdy dwa razy tą samą drogą. W te wakacje wiodła ona po Alpach przez Austrię, Włochy i Słowenię. Czuliśmy się pewni za naszą caravellę, bo po swapie silnika umie pod górkę jak nigdy dotąd. Najważniejsze jednak, że we trójkę byliśmy gotowi na wysokie góry, a spragnieni nawet bardziej. Blisko trzy tygodnie spędzone nie niżej niż na 1000 mnpm. Co drugi dzień, bądź wręcz codziennie planując trekking, uzależniając się kompletnie od wysokości. To był bardzo udany wyjazd, wiele się nauczyliśmy, zdobyliśmy nowe doświadczenia w drodze i na szlaku. Przypomnieliśmy sobie, że na szczycie góry nie ma nic, choć tak na prawdę nigdy o tym nie zapomnieliśmy. Ta myśl to najsilniejszy magnes, który każe tam wciąż wracać. Dziś przeglądając album fotograficzny pewnego podróżnika, Nel wskazując na jedno ze zdjęć z dalekiej północy Szwecji, powiedziała “Tato, ja chcę wrócić na te wakacje”…

Mała Fatra – spotkanie

Wspaniałym uzupełnieniem naszych podróży są ludzie, których po drodze poznajemy. Ten post dedykujemy Monice i Paulowi, inspirującej parze Szwajcarów którzy są w swojej podróży nieprzerwanie od czternastu lat. Wiodąc ustabilizowane życie z dobrymi karierami zawodowymi zadali sobie pytanie, czy poza tym co mają i gdzie są, świat jest w stanie zaoferować im coś innego? (nie więcej, coś innego po prostu). Z dnia na dzień spakowali plecaki, namiot i ruszyli w świat pieszo. Teraz podróżują swoim bezkompromisowym przygodowozem, są w stu procentach samowystarczalni i mogą przemieszczać się najmniej przyjaznymi drogami jakie tylko można sobie wyobrazić. Uwielbiają jeździć na wschód używając tradycyjnych map, więc mieliśmy sporo wspólnych tematów. Wymieniliśmy się adresami i zaprosiliśmy do siebie nawzajem jeśli tylko któreś z nas znajdzie się w okolicy. Wyjechaliśmy raptem na cztery dni, 160 kilometrów na południe od domu, a wróciliśmy z kieszeniami pełnymi inspiracji na kolejne długie lata w drodze. Dziękujemy, jesteśmy wdzięczni!

IMG_3453IMG_3383

Youra 2

Zaparkowaliśmy pod skałą, nad chłodnym strumieniem. Z Krakowa przyjechał Maciek z zapasami kawy z Belińskiej palarni Bonanza Coffee Roasters, wieczorem harcerze usypali stos i zaśpiewali cicho “Płonie ognisko” a drużynowa była oczywiście wśród nich. Tej nocy księżyc jasno oświetlał polanę, na której stacjonowaliśmy. Następnego dnia o poranku Nel zapytała mnie czy pogadamy, na pytanie “o czym?” – odparła – “o życiu”. To tyle, odpoczynek…

Youra!

Jura jest fajna, a my mamy to szczęście, że dzieli nas od niej plus minus 50 kilometrów. Doceniamy to! Nic więc dziwnego, że conajmniej raz w sezonie spędzamy tam noc w busie. W ten weekend spotkaliśmy takich, którzy przyjechali tam na wakacje z zagranicy (Norwegia, Wielka Brytania, Irlandia), my natomiast po popołudniowej kawie w domu możemy tam znaleźć się po niecałej godzinie jazdy. Tym razem spaliśmy na kempingu, ale znaleźliśmy bardzo fajne miejscówki z dużym potencjałem do spania na dziko. Prawdopodobnie już w najbliższy weekend się o tym przekonamy, jedziesz z nami?

W las nad rzekę

Budowanie bazy z kamieni, mycie zębów w rzece, kawka pod dwudziestometrowym świerkiem, inspirujące rozmowy z nowo poznanymi kolegami, miłośnikami noclegu na dziko w autach dostawczych. Weekend krótki acz zdecydowanie pięciogwiazdkowy.

Gdzie zaczyna się wschód?

W tym roku majowe święto przebywania poza domem (w skrócie MŚPPD), i jednocześnie wyjazd inauguracyjny sezonu busowego, postanowiliśmy celebrować na południowym-wschodzie. Jadąc przez Słowację aż po Ukrainę kolejno przystając w Dukli, Tylawie, Palocie, Medzilaborcach, Sninie, Prislopie, Ubli, Strychavie, Domashynie, Uzhhorodzie, Jasovie, Breznie. Odwiedzając po drodze kilka wspaniałych parków narodowych … Národný park PoloninyUzhanian National Nature Park, Slovenský Kras, Národný park Muránska planina. W sumie ponad tysiąckilometrowa pętla. Wielokrotnie pisałem, że wschodnia Słowacja jest jedną z naszych ulubionych destynacji w obrębie 400 km od domu. Tym razem jednak, chcieliśmy bardziej wschodniego wschodu, więc w Ubli przekroczyliśmy granicę i pojechaliśmy w ukraińskie Bieszczady. Czy to już był wschód, ten z książek, ten na który z obawą patrzymy stojąc w niewygodnym rozkroku? Nie wiem. Jedno jest pewne, można dalej, w perspektywie jest grubo ponad 10 tysięcy kilometrów drogi na wschód.

 

Między Gorcami a Tatrami

To był jeden z tych weekendów, który daje pełne spektrum doświadczeń związanych z prawdziwym podróżowaniem, mimo że trwa raptem dwa dni. Mieliśmy zabukowaną jedną noc w Gorcach w okolicy Przełęczy Knurowskiej a drugą gdzieś na brzegu rzeki Białki. Obie miejscówki okazały się strzałem w dziesiątkę. Jeśli ma to być jeden z ostatnich wyjazdów tego sezonu, to chciałbym aby każdy kończył sie w takich okolicznościach.

Dwa razy do tej samej rzeki

W piątek dostaliśmy sms aby zabezpieczyć swój dobytek i pod żadnym pozorem nie opuszczać domu, podobno zbliżał się biblijny armagedon, prawdziwa zagłada, kara za głupotę i nieumiarkowanie. No ale bus już był spakowany, a my mieliśmy dziwne przeczucie, że chcą nas zrobić w konia (iha!). Na szczęście mieliśmy w pamięci miejscówkę z zeszłego roku i wiedzieliśmy, że poza nami nikt w tą apokalipsę tam nie pojedzie, mieliśmy rację. Piątkowy wieczór i sobotni poranek spędziliśmy w górach, nikt nie zginął a nasza posiadłość na kołach nie ucierpiała w najmniejszym choć stopniu z powodu ulewnego deszczu, burzy czy wichury. Wciąż mieliśmy możliwość swobodnego przemieszczania się więc w sobotę po śniadaniu pojechaliśmy na Pustynię Błędowską i tam z innymi śmiałkami, którym sms o zagładzie nie odebrał resztek zdrowego rozsądku, rozpaliliśmy ognisko i oczekiwaliśmy niedzieli. Kara jednak nadeszła i niedzielne przedpołudnie, miast na kontemplacji zbliżającego się obiadowego kotleta, spędziliśmy wykopując Santanę Maćka z grząskiego piasku na który nierozsądnie postanowiłem wjechać. Przygoda!