Berlin 20–23.09.2013

Processed with VSCOcam with t1 presetTestowy wyjazd z rowerami na plecach nasza caravelle miała już za sobą, postanowiliśmy zatem uderzyć w grubszą trasę. Wystartowaliśmy, jak co piątek, kiedy tylko gong wybił godzinę 16.00 i po 7 godzinach jazdy po A4 byliśmy w Berlinie. Camping znaleźliśmy poza ścisłym centrum, na wyspie, na kanale łączącym rzekę Havel z rzeką Spree. Dzięki rowerom wszystkie miejsca, które zaplanowaliśmy zobaczyć były dostępne bez dodatkowych opłat za transport. Postanowiliśmy, że tym razem zobaczymy Berlin od kuchni, zajrzymy w najmniej oczywiste zakamarki, wjedziemy w każdą boczną uliczkę. Plan niezwłocznie został wcielony w życie, i tak kluczyliśmy od zachodu na wschód i z północy na południe, gubiąc się co chwilę wpadaliśmy na coś nowego, każdego dnia robiąc co najmniej 50 kilometrów na rowerach. W tym samym czasie, również z rowerami, gościli w Berlinie Ania i Zbyszek. Poranki i wczesne popołudnia jeździliśmy osobno, spotykaliśmy się później by zjeść razem obiad a resztę dnia spędzaliśmy na wspólnej eksploracji okolic. Podczas naszego pobytu w mieście odbywał się akurat Berlin Art Week i właśnie w ramach tego wydarzenia na miejscu byli też Emanuela i Szymon, który w galerii ŻAK | BRANICKA wystawiał swoje malarstwo. Spotkań z cyklu niespodzianek nie było końca, bo ostatniego dnia trafiliśmy przez wielki przypadek na wystawę fotografii Fostera Huntingtona, którego działalność jest dla nas sporą inspiracją, twórcy między innymi bloga vanlife, fotografa, podróżnika, wydawcy książek, innymi słowy bardzo zajętego młodego człowieka. Udało nam się poznać Fostera osobiście ponieważ weszliśmy w momencie kiedy ekspozycja akurat powstawała. Wymieniliśmy się kontaktami, doświadczeniami z podróży, wysłuchaliśmy historii kilku zdjęć i planów odnośnie wydania kolejnej książki i znów w poczuciu przeżycia czegoś miłego ruszyliśmy pośpiesznie w miasto. W przeciwieństwie do wakacyjnego pobytu, kiedy to nasz bus odmówił chwilowo posłuszeństwa, tym razem Berlin był dla nas łaskawy. Pogoda dopisała, sporo zobaczyliśmy, spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi, jedliśmy w fajnych miejscach i wciąż, pomimo jesiennej aury, mogliśmy się cieszyć prostym życiem, którego doświadczamy podróżując i mieszkając w naszej caravelli.

25352537

Lubecko

IMG_1254Swoistą tradycją w tym sezonie stały się weekendowe wycieczki za miasto. Nie mogło być inaczej i tym razem, więc w piątek 6.09.2013 punktualnie po pracy zasiedliśmy do naszej caravelli i ruszyliśmy przed siebie. Jednak ta wycieczka była nieco inna niż dotychczasowe, ponieważ zdecydowaliśmy się zabrać ze sobą rowery. Nazajutrz w sobotę mieliśmy być w Lubecku gdzie na zaproszenie Magdy i Bartka planowaliśmy pławić się wśród uroków wiejskiego życia #villagelife 😉 Pierwszym przystankiem w piątkowy wieczór była wieś Żędowice i uroczy kemping przy Młynie Bombelka nad rzeką Mała Panew (zaledwie 60km od Katowic). Noc spędziliśmy samotnie na olbrzymiej polanie w absolutnej ciszy. O poranku oprócz nas były tam tylko sarny zajadające się soczystą, świeżo zroszoną trawą i wiewiórki zrzucające na dach naszego busa żołędzie. Nieśpiesznie wstaliśmy, wzięliśmy po prysznicu i ruszyliśmy do oddalonego o 30km Lubecka. Na miejscu szybka przesiadka na dwukołowe środki transportu i wspólna eksploracja lasów, sąsiednich wsi, parków, starych szlacheckich posiadłości i wielu innych atrakcji. Wieczorem natomiast zasiedliśmy z gospodarzami do ogniska popijając piwo i snując dyskusje na bardzo ważne, życiowe tematy ;). Niedzielę zaczęliśmy od cudownego śniadania składającego się z produktów z przydomowego ogródka. Chwilę potem znów podziwialiśmy okolicę z rowerowej perspektywy. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy małym jeziorku obrośniętym dookoła przez brzozowy lasek, skąd po 30 minutach wyszliśmy z trzema epami grzybów. Nad obiadem tego dnia nie musieliśmy się już zastanawiać, po obfitym posiłku pożegnaliśmy Magdę i Bartka i za 1,5h byliśmy w Katowicach. Znów dotarło do nas, jak wiele jeszcze przed nami jest miejsc, w promieniu 100km od domu, wartych odwiedzenia a pozornie nieciekawych.

IMG_1205IMG_1210IMG_1229w25412542afterglowg

Malá Fatra – Słowacja

afterglowW piątek 23 sierpnia punktualnie o 16.05 wsiedliśmy do busa i ruszyliśmy w ulubionym kierunku weekendowch wypadów czyli na południe. Tym razem jednak w nieznane nam kompletnie miejsce. Po 180 kilometrach, które nasz bolid sforsował w zawrotnym czasie blisko pięciu godzin byliśmy w sercu pasma górskiego Mała Fatra niedaleko urokliwej wioski Terchova. Pierwszą noc spędziliśmy na dziko w losowo wybranym miejscu, jak się miało okazać o poranku, z pięknym widokiem na góry. Wstaliśmy wcześnie i po pożywnym śniadaniu postanowiliśmy ruszyć na szlak. Plan zakładał zdobycie szczytu Mały Rozsutec 1343 m.n.p.m. Malownicza trasa na szczyt wiodła przez Janosikowe Diery czyli wąwozy skalne z niezliczoną ilością wodospadów, przesmyków i urokliwych niecek. Sam szczyt nie był jakoś szczególnie trudny do zdobycia, choć przy końcu spory kawałek trasy ubezpieczony jest łańcuchami, bez których wejście jest właściwie niemożliwe. Trasa w dół to już klasyczne dla nas zmagania z kompletnym brakiem przygotowania w kwestii obuwia górskiego, powtórzyliśmy swój wyczyn sprzed dwóch lat kiedy to latem w Dolomitach weszliśmy pod lodowiec na wysokość 2300 m.n.p.m. w butach na łódkę … tym razem szczyt zdobywaliśmy w vansach 🙂 Po siedmiu godzinach w trasie, dumni ze zdobytej góry pojechaliśmy na pyszny tłusty obiad obfitujący w smażony ser, frytki, piwo, knedliki i tym podobne klasyki czechosłowackiej kuchni. Kolejną noc mieliśmy już zamiar spędzić na kempingu, wziąć ciepły prysznic i zasiąść przy busie z dobrym piwkiem. Następnego dnia, w niedzielę, po leniwym śniadaniu ruszyliśmy w nieco dłuższą drogę powrotną przez Zilinę do Katowic. To był dobry weekend, zrobiliśmy w sumie blisko 500km, odwiedziliśmy nieznane nam dotąd miejsca i przekonaliśmy się jak wiele z tych bliskich jest jeszcze przed nami do odkrycia.

Untitled-125212520251925232517oIMG_11002518IMG_1128IMG_1134