Z punktu A do punktu A

IMG_2679

9 krajów, 2 morza, 2 strefy czasowe, 23 dni, 4970 kilometrów, 307 litrów oleju napędowego. Piszę to dwa i pół miesiąca po powrocie i wiem, że będę zmyślał pisząc dalej, ponieważ podczas podróży nie starałem się tak jak dotychczas wszystkiego histerycznie zapamiętać, raczej skupiłem się na doświadczaniu. Chcieliśmy pojechać tak daleko na południe wzdłuż Adriatyku na ile pozwoli nam czas. Rozpędziliśmy busa do 80 kilometrów na godzinę i po kilkunastu godzinach jazdy rozbiliśmy obóz niedaleko Plitwickich jezior w Chorwacji. Padał deszcz, było chłodno, a nam w głowach pobrzękiwały jeszcze katowickie demony życia codziennego. Potrzebowaliśmy blisko tygodnia aby je rozgonić. Zbliżaliśmy się wtedy do granicy Czarnogóry z Albanią. Nieprzywykli do granic z prawdziwego zdarzenia, nieświadomi jak prawdziwa jest ta, w kierunku której zmierzamy, zlekceważyliśmy jej powagę, za co odwdzięczyła się trzygodzinnym postojem. Burza ustała, a podejrzliwe spojrzenia albańskich celników podsyciły tylko naszą ciekawość. Nie pamiętam już czy bardzo chcieliśmy, aby było inaczej niż gdziekolwiek gdzie do tej pory byliśmy, czy było tak rzeczywiście. Pamiętam tylko, że uśmiechy zdziwienia towarzyszyły nam aż do granicy z Grecją. To nie była Europa do jakiej przywykliśmy, Albania była dziurą w uzębieniu Europy, jakkolwiek intrygującą i szaloną. Oszołomieni bogactwem nowych doznań, co kilka kilometrów … ba, metrów, krzyczeliśmy na nią … Albanio! Ty wariatko! Począwszy od Shkodër dalej przez Durrës aż do Vlorë oczy puchły nam ze zdumienia. W Orikum przestały nam się otwierać drzwi od strony kierowcy i tak już było do końca podróży. Ochłonęliśmy i nazajutrz ruszyliśmy dalej na południe, wzdłuż Adriatyku, przez Przełęcz Llogara w kierunku miasta Sarandë. Właśnie ten odcinek podróży zapamiętamy najintensywniej i to za nim okazuje się, tęsknimy najbardziej. Tam musimy wrócić, a decyzja o tym zapadła jeszcze kiedy tam byliśmy. Jechaliśmy powoli, ale granica z Grecją nieuchronnie zbliżała się, a my cieszyliśmy się na nowe i smuciliśmy jednocześnie, bo nie byliśmy syci Albanii. Był początek sierpnia, temperatura dawno przekroczyła rozsądną, a nam to grało! Kiedy tylko chcieliśmy, to zjeżdżaliśmy z drogi na brzeg morza, już nie Adriatyku a Jońskiego i braliśmy orzeźwiające kąpiele. To była już Grecja, cudowne postoje w gajach eukaliptusowych, długie spacery po nieznanych okolicach, odkrywanie zakamarków nadmorskich, przygranicznych miejscowości. Grecja dopieściła nas kulinarnie, to tam właśnie jedliśmy najlepiej. Nie wiem ile spędziliśmy tam dni, wiem tylko, że nigdy więcej niż jedną noc w tym samym miejscu. Przez jakieś szalone góry pojechaliśmy w głąb lądu do stolicy Epiru czyli do Ioannina, a tam zatęskniliśmy za Albanią. Tego samego dnia, znów po pojedynku my vs granica dotarliśmy do Gjirokaster zwanego “Miastem Tysiąca Schodów”, w którym przyszedł na świat albański imperator Enver Hodża. Jechaliśmy dalej na północ centralną częścią kraju w kierunku stolicy Tirany, a cóż to była za jazda! Naszym zdumionym oczom jawiły się irracjonalne ronda na autostradzie, pobocza pełne wypiekaczy kukurydz, sprzedawców arbuzów i serów, dzikich koni i stad beztroskich kóz. Noc spędziliśmy na tyłach przydrożnego motelu obok podróżników z Anglii nocujących w starym land cruiserze. Przed Krujë, na górskiej serpentynie, wtargnął nam na drogę żółw wielkości połowy arbuza. Jechaliśmy do Czarnogóry, gdzie ponad tydzień wcześniej spędziliśmy noc w Kotorskim porcie. Tym razem promem przeprawiliśmy się na drugą stronę zatoki Kotorskiej i chcieliśmy jak najprędzej być już w Chorwacji, bo Czarnogóra nas wkurwiała 🙂 Postanowiliśmy pojechać znów na półwysep Peljesac, gdzie byliśmy już cztery lata wcześniej, a skąd przywieźliśmy dobre wspomnienia o pysznym winie i umiarkowanym ruchu turystycznym. Kotwicę rzuciliśmy w miejscowości Postup, gdzie trzy dni i dwie noce piliśmy wino z lokalnej winnicy, czytaliśmy książki i jedliśmy warzywa z grilla. Potem dziurawy jeszcze wciąż od kul Mostar, i nocleg na wyspie Murter, wieczorne spacery i oszałamiający zapach rozmarynu parującego po upalnym dniu. To było prawdopodobnie w trzecim tygodniu naszej podróży. Wtedy znów przypomnieliśmy sobie o wyspie Pag i o tym jak lubimy tam być. Po połowie dnia spędzonym w podróży, znaleźliśmy odludne miejsce na zachodnim brzegu wyspy i tam zainstalowaliśmy się na noc. Już następnego poranka napawaliśmy się kamiennym krajobrazem wschodniego wybrzeża i delektowaliśmy śniadaniem na środku kamiennego pustkowia. Nadszedł czas, by pożegnać się z morzem więc przez Rijekę pojechaliśmy w kierunku Słowenii do malowniczego miasteczka Kanal ob Soči. Lubimy tamte rejony i w sumie błąkaliśmy się przez doliny Alp Julijskich dobre trzy czy cztery dni, odwiedzając między innymi Bovec i Bled . Znowu padało, a spod przedniej szyby do wnętrza kabiny busa wlewała nam się woda. Deszcz towarzyszył nam aż do samych Katowic gdzie wracaliśmy po trzech tygodniach z albańskim i greckim słońcem na skórze. To jedyna pamiątka jaką przywieźliśmy ze sobą z podróży, a ślady opalenizny, kiedy się przyjrzeć, wciąż można jeszcze odnaleźć gdzieniegdzie na ciele … tyle naszego.

 

Ps. Kompulsywne zdjęcia poniżej robione są w afekcie telefonem 🙂 Więcej przemyślanych strzałów analogiem tu > fotochton

IMG_2706IMG_5481IMG_2708IMG_5566IMG_2777IMG_2802IMG_2803IMG_2807IMG_5668

IMG_2809IMG_2824IMG_2828IMG_5728IMG_5782IMG_5895IMG_5874IMG_5905IMG_2846IMG_5822IMG_2850IMG_2856IMG_2866IMG_2867IMG_2879 IMG_2875 IMG_2871IMG_2883 IMG_2887IMG_6043IMG_2892IMG_6096IMG_2902 IMG_2904 IMG_2910 IMG_2929 IMG_2931 IMG_2936IMG_5470IMG_2962 IMG_2972 IMG_2976 IMG_2987 IMG_2993 IMG_3001 IMG_3006 IMG_3014 IMG_3020 IMG_3028 IMG_3031 IMG_3039IMG_6507IMG_3060 IMG_3067IMG_3186