Wakacyjna pętla dookoła siebie

IMG_4653

To był ten czas kiedy wszystko dookoła stanęło a my przekornie ruszyliśmy przed siebie. Byliśmy świeżo usmażonym małżeństwem i czas nam sprzyjał. Przed nami rozpościerała się oczyszczająca perspektywa przeprowadzki na trzy tygodnie do przestrzeni ograniczonej jedynie gabarytami naszego auta. Narysowałem na mapie pętlę, o obwodzie 4300 km, która zahaczała o dwa morza i najwyższe góry w Europie. Upał, mozolne tempo i to uczucie kiedy każdego dnia podróży, z każdym kilometrem połykanym nieśpiesznie, pozbywasz się nagromadzonych przez cały rok napięć i wątpliwości, by już po tygodniu bez przeszkód doświadczać tego co teraz – stan ulubiony! Pierwsze 600 km zawsze ma w sobie coś z histerycznej ucieczki, która jednak kończy się w momencie kiedy uświadamiamy sobie, że nic nas nie goni, że to była tylko fata morgana. Tym razem oprzytomnieliśmy nad włoskim Adriatykiem, jechaliśmy w Apeniny gdzie nocowaliśmy na dziko nad jeziorem Campotosto. Kilka dni trwała włóczęga po losowych zakamarkach Półwyspu Apenińskiego, zaskoczeni byliśmy jak dużo w tej części Italii jest jeszcze miejsc gdzie sporadycznie spotyka się człowieka i ślady jego egzystencji. Wyludnione górskie wsie i mikro miasteczka, nostalgiczna harmonia i świadomość uczestnictwa w schyłku czegoś bliżej nieokreślonego. Na wysokości Rzymu, zmieniliśmy kierunek z południowego na północny, dzwoniła do nas Toskania i musieliśmy jechać. Dwa dni później płynęliśmy już winnymi drogami tej cudownej krainy, wieczorami delektując się jej dobrodziejstwami zbieraliśmy siły na kolejne przygody, które już czekały w kolejce aby się wydarzyć. Cały następny dzień słuchaliśmy hipnotyzującego 1.6TD i doświadczaliśmy zmieniającego się krajobrazu co chwila wyłaniającego się zza horyzontu. Wieczorem zakotwiczyliśmy caravelle w Levanto nad morzem śródziemnym. Nie pamiętam teraz dokładnie, ale to chyba był koniec pierwszego tygodnia w podróży, i zapragnęliśmy czegoś nowego. Przez Genuę i Aleksandrię pojechaliśmy dalej na północ w kierunku Alp. Chcieliśmy zobaczyć trzy jeziora Lago Maggiore, Lago di Lugano i Lago di Como. Kilka dni co chwila przecinając włosko-szwajcarską granicę byliśmy tam i wtedy, podglądając trudną sztukę życia uprawianą przez majętnych tego świata. Złośliwie zakłócając ją naszym dwudziestopięcio-letnim dieslem, i koczowaniem w nim na portowych parkingach. Zdecydowanie jednak popołudniowe kąpiele w tych jeziorach zaliczam do piękniejszych doświadczeń tego wyjazdu. Szwajcaria dopieszcza, przekonaliśmy się o tym już w Locarno, dopieszcza nielicznych i Ci szczęśliwcy dźwigają lżejszą codzienność, nikt nie chodzi zgarbiony ze wzrokiem wbitym w asfalt. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu że to tylko opakowanie, reszta pozostanie tajemnicą. Chcieliśmy pojechać wyżej w mniej zurbanizowane alpejskie krajobrazy. Tego samego dnia, przez Maloja Pass, dotarliśmy z przygodami ufundowanymi tym razem przez rozrusznik w naszym volkswagenie, do położonej na wysokości 1800 m.n.p.m. miejscowości Silvaplana. Pogoda, widoczność, czystość wody w jeziorze przy którym nocowaliśmy i uzależniająca czystość powietrza, spowodowały, że postanowiliśmy zostać tam na zawsze i nigdy już do Was nie wracać. Tam jedliśmy najpyszniejsze Rosti na tej planecie, tam dobitnie okazało się że pro skaterem nigdy już nie zostanę 😦  stamtąd wybraliśmy się na całodniową pieszą eskapadę aby obejrzeć lodowiec Tschierva i tam wreszcie między innymi dzięki tej wyprawie, znaleźliśmy aktywność, którą już do końca tego wyjazdu namiętnie uprawialiśmy. Zabrane z Polski, górskie obuwie, zarówno moje jak i Werki niestety nie wytrzymało alpejskich szlaków. Decyzję o zakupie nowych podjęliśmy jednogłośnie. Nazajutrz niezwłocznie plan został zrealizowany, aby tego samego dnia zdobyć szczyt Seebödenspitze 2858 m.n.p.m. gdzieś na pograniczu szwajcarsko-włosko-austryjackim. Symptomy uzależnienia bądź podstępnej choroby wysokościowej której nieświadomie wpadliśmy w szpony, dało się odczuć już do końca naszej podróży. Zdobywaliśmy kompulsywnie kolejne szczyty Alp – Elferspitze 2926 m.n.p.m, Grawand 3251 m.n.p.m .. et cetera. W szaleńczym amoku wytyczaliśmy kolejne trasy w górę, wyżej i wyżej, klucząc między trzema państwami przez blisko dwa tygodnie. Nikomu kto chodzi po górach nie trzeba tłumaczyć co z tego chodzenia wynika, co się dostaje a co trzeba oddać w zamian. Tam się zwyczajnie jest i doświadcza się siebie. Po trzech tygodniach, zakreślona na mapie pętla wchodziła nieuchronnie w swój końcowy etap. Droga do domu była prosta i znana, czas przeznaczony na obrót wokół siebie dobiegał końca. Caravelle niezmiennie pali 6,5 litra na 100 kilometrów, jesteśmy w Katowicach, nic się nie zmieniło … w głowie wszystko poprzewracane, dlatego podróżujemy.

Zdjęcia poniżej z telefonu. Prawdziwe tu klik

 

IMG_4651IMG_4692IMG_4664IMG_4689IMG_2504IMG_2545IMG_4708IMG_4716IMG_4723IMG_4741IMG_4755IMG_4756IMG_4762IMG_4778IMG_4808IMG_3047IMG_3072IMG_4824IMG_4827IMG_4836IMG_4845IMG_3147IMG_3164IMG_3155IMG_4858IMG_4873IMG_4898IMG_4911IMG_4912IMG_4916IMG_3235IMG_4929IMG_3237IMG_4958IMG_5017IMG_5050IMG_5051IMG_5062IMG_5072IMG_5105IMG_5107IMG_5131IMG_5155IMG_5160IMG_3262IMG_3607IMG_5171IMG_5189IMG_5182IMG_3598IMG_5198IMG_5209IMG_3663IMG_3555IMG_5228IMG_5234IMG_5242