Pustynia

Pustynia jest niedaleko… od nas 53 a od Maćka 57 kilometrów, więc pojechaliśmy. Czasem udaje nam się wyjechać gdzieś wspólnie. Dwa wehikuły z tej samej epoki, przenoszą nas w czasie do lat dziewięćdziesiątych, lat naszej wczesnej młodości 🙂 Pierwszą noc spędzamy na delikatnym wzniesieniu, tuż obok nas trzydzieści trzy kilometry kwadratowe piasku. Budzi nas piękny, lipcowy poranek, jedziemy przed siebie, raz w prawo, dwa w lewo, doświadczamy drogi aż do momentu kiedy roślinność ją gumuje, więc cofamy. Za dwa dni znów, bo droga dzwoni i nie ma siły żeby jej się oprzeć 🙂

Ps. Foto z drona Majki Malinowy (@malinowymaciek)

Ogień vs woda

Wszystkie dostępne aplikacje pogodowe przestrzegały przed burzami i ulewnymi deszczami, przed istnym armagedonem, który miał spaść z nieba. Ale my przecież byliśmy już spakowani i trzeba było jechać. W trzy busy łatwiej stawić czoła żywiołom, więc nikt nie miał wątpliwości. Zdecydowaliśmy, że szukamy miejscówki na dziko w górach, koniecznie nad rzeką. Nie szukaliśmy długo. Wszystko się zgadzało, wróżby dotyczące nadchodzącego załamania pogody też 🙂 Zdążyliśmy elegancko ustawić busy i krzesła wokół stołu, uśpić bobasa, otworzyć wino. By chwilę później stłoczeni pod markizą Maćkowego Mitsubishi unikać zacinającego na wszystkie sposoby deszczu, stopniowo przeistaczającego się w grad. Jak to latem bywa, burza nie trwała długo, lecz na tyle skutecznie zmoczyła przygotowane wcześniej gałęzie na ognisko, że na rozpalaniu i podtrzymywaniu go przy życiu spędziliśmy resztę tego wieczoru. I wiecie co? to był jeden z fajniejszych wyjazdów tego rozpoczynającego się przecież sezonu busowych eskapad. Stoczyliśmy walkę z żywiołem, wszyscy dzielnie, na zmianę trzymając wartę przy ognisku. O poranku obudziło nas słońce i bezzębny uśmiech Nel 🙂 zaczęliśmy od toalety w orzeźwiającej rzece, potem śniadanie i leniwe dyskusje przy stole. Mikro przygoda, niedaleko od domu … tak niewiele trzeba by poczuć się dobrze!

Gdzie indziej

Wcale nie musi być daleko, ciepło ani ekskluzywnie. Może być gdziekolwiek, ważne aby nie oczekiwać za wiele i dać się zaskoczyć, dostrzec różnice. To nasz przepis na udane podróże, wycieczki, przejażdżki. Każdy plan jest wyłącznie po to aby się nie udać i nie inaczej było tym razem 🙂 Miejsce w którym chcieliśmy ustawić dzikie obozowisko wraz z Maćkiem i Kasią ❤ okazało się nieodwiedzalne, więc pojechaliśmy gdzie indziej. Trafilśmy na pole kempingowe w Czechach prowadzone przez Wietnamczyka, i trafilśmy dobrze. Elegancko przygotowane nad brzegiem wartkiego strumienia, gdzieś na końcu drogi, która kończy się na górach wytyczających granicę ze Słowacją. Jedna noc w busie + jedno śniadanie z szumem wody w tle to przyjemność, którą nie sposób wycenić. Do kolejnej wycieczki już tylko dwa dni!